16 września Barry Adams opublikował International SEO for Publishers w swoim newsletterze SEO for Google News. Jego wniosek jest postawiony wprost: wydawca, który chce czytelników w kilku krajach, powinien uruchomić w każdym osobną domenę krajową (ccTLD) z własną lokalną redakcją, albo w ogóle sobie odpuścić.

Uważamy, że opisany przez niego mechanizm jest prawdziwy, a wniosek pasuje do mniejszej liczby wydawców, niż to brzmi. Żeby sprawdzić jedno i drugie, przeczytaliśmy dokumentację Google, do której odsyła, zebraliśmy istniejące pomiary dotyczące hreflang i otworzyliśmy kod HTML 23 wydawców pracujących już ponad granicami, od The Guardian po ukraińskojęzyczny tytuł wydawany w Polsce.

Co twierdzi Barry Adams i czego nie poparł liczbami

Adams omawia cztery układy i trzy odrzuca. Jedna domena ogólna działa tylko przy marce tak silnej jak The Guardian. Kilka języków na jednej domenie sprawdza się wewnątrz jednego kraju. Ten sam język dla kilku krajów opiera się na hreflang, a ten w newsach jest według niego nie do użycia. Jego odpowiedź to domena krajowa na każdy rynek. W całym tekście nie ma ani jednego pomiaru.

Adams opiera się, jak sam to określa, na dziesiątkach międzynarodowych projektów dla wydawców, a newsletter jest opinią z doświadczenia i tak został oznaczony. Bez próby badawczej, bez opisanego przypadku z liczbami i bez progu w rodzaju „poniżej tej skali zrób coś innego” każdy czytelnik musi sam zdecydować, jak daleko ta rada sięga.

Nowy w jego wywodzie jest wątek czasu. Adnotacje hreflang liczą się dopiero wtedy, gdy dwie strony wskazują na siebie nawzajem. Brytyjski artykuł wychodzi i Google indeksuje go w ciągu minut. Wersja amerykańska pojawia się później, obie strony mają już parę adnotacji, ale przechowywana przez Google kopia brytyjskiej strony jest od nich wcześniejsza. Dopóki ta strona nie zostanie pobrana ponownie, para jest nieważna. Adams szacuje to oczekiwanie na godziny i dodaje, że w newsach „różnica godzin to wieczność”.

Co mówi dokumentacja Google o czterech strukturach adresów

Google wymienia cztery sposoby rozdzielenia rynków: domenę krajową, subdomenę, podkatalog i parametr w adresie URL. Odrzuca wyłącznie parametr. Przy pozostałych trzech zestawia zalety i wady obok siebie i nie wskazuje zwycięzcy. Jako wady domeny krajowej podaje koszt, infrastrukturę, zasady rejestru i przywiązanie do jednego kraju.

Tabela zatytułowana Cztery sposoby podziału serwisu na rynki, słowami samego Google. Domena krajowa: jasne geotargetowanie, ale drogo, więcej infrastruktury, surowe zasady rejestru, tylko jeden kraj. Subdomena: łatwa konfiguracja, ale czytelnik może nie odczytać kraju z adresu. Podkatalog: prosto i mało obsługi, ale trudniej rozdzielić serwisy. Parametr URL: niezalecany
Sformułowania idą za tabelą Google w „Managing multi-regional and multilingual sites”. Google żadnej z pierwszych trzech nie stawia wyżej od pozostałych.

Ta sama strona, Managing multi-regional and multilingual sites, tłumaczy, jak Google zgaduje, do kogo adresowana jest dana strona. Domena krajowa stoi na pierwszym miejscu listy sygnałów, dalej hreflang, potem lokalizacja serwera, a na końcu sygnały miękkie: lokalne adresy, waluta i linki z miejscowych serwisów. Dwa szczegóły mają znaczenie dla wydawców europejskich. Google traktuje .eu jako domenę ogólną, tak jak .com, więc nie niesie ona sygnału kraju. Google stwierdza też, że ignoruje atrybut HTML lang, a zamiast tego czyta widoczny tekst, co zgadza się z tym, co pisze Adams.

W jednym punkcie dokumentacja jest dla hreflang życzliwsza niż Adams. Pisze on, że przetłumaczony artykuł nie potrzebuje adnotacji, bo tłumaczenie nie jest duplikatem. Co do duplikatów Google się z nim zgadza: „Zlokalizowane wersje strony są uznawane za duplikaty tylko wtedy, gdy główna treść strony pozostaje nieprzetłumaczona”. Ale strona o zlokalizowanych wersjach i tak mówi, że „zwykle najlepiej” jest je oznaczyć, i wymienia serwisy przetłumaczone w całości wśród przypadków, w których to zaleca.

Ta sama dokumentacja przestrzega przed sortowaniem czytelników po adresie IP: „Unikaj automatycznego przekierowywania użytkowników z jednej wersji językowej serwisu do innej wersji językowej serwisu”. Na tę praktykę trafiliśmy po kilku minutach. Gdy wysłaliśmy żądanie z polskiego adresu IP, businessinsider.com odpowiedział przekierowaniem na businessinsider.com.pl, więc wydanie amerykańskie było dla nas nieosiągalne bez obejścia. Ta sama strona mówi, że większość, choć nie całość, ruchu robotów Google wychodzi ze Stanów Zjednoczonych i że Google nie próbuje innych lokalizacji, by odkryć takie warianty.

Dlaczego hreflang przegrywa wyścig w cyklu informacyjnym

Hreflang liczy się tylko wtedy, gdy obie strony wymieniają siebie nawzajem, a Google odczytuje to z przechowywanych kopii, które przy zaindeksowanym artykule mogą pochodzić sprzed godzin albo dni. Wersja opublikowana później zaczyna więc od powiązania jednostronnego. Przy treściach ponadczasowych takie opóźnienie jest nieszkodliwe. Przy materiale, który żyje sześć godzin, obejmuje całe jego życie.

Reguła jest zapisana wprost w tekście Google: „Jeśli dwie strony nie wskazują na siebie nawzajem, tagi zostaną zignorowane”. Opóźnienie też jest udokumentowane. W podcaście Google Search Off the Record w 2021 roku John Mueller powiedział, że „przetworzenie hreflang przez indeksowanie trochę trwa, ma takie dziwne opóźnienie”. Ogólna strona o prośbie o ponowne zaindeksowanie mówi o „od kilku dni do kilku tygodni” i dodaje, że powtarzanie prośby tego nie przyspieszy. Ta wartość dotyczy sieci jako całości. Google podaje, że mapy witryny wiadomości pobiera tak samo często jak resztę serwisu, a serwisy informacyjne o dużym ruchu są odwiedzane znacznie częściej, więc dla redakcji uczciwy przedział to godziny, tak jak pisze Adams. Jego własny model szybkiego pierwszego przejścia robota i wolnego drugiego jest opisany we wcześniejszym newsletterze, a przedstawia go jako swój wniosek, a nie jako coś, co Google potwierdziło.

Wydawniczą połowę tego zjawiska widzieliśmy na żywo. Euronews prowadzi wydania językowe na subdomenach i łączy tłumaczenia artykułu przez hreflang. Materiał opublikowany 18 września o 17:57 czasu środkowoeuropejskiego wymieniał dwa języki, angielski i portugalski, kiedy pobraliśmy go 65 minut później. Cztery minuty potem do listy dołączył włoski, a pół godziny po nim francuski. Wśród jedenastu materiałów Euronews z tego samego dnia tekst sprzed godziny łączył dwa wydania, sześć z dziesięciu starszych łączyło dwanaście albo trzynaście, a pozostałe cztery od jednego do ośmiu, bo nie każdy materiał jest tłumaczony wszędzie. Przy tekstach tłumaczonych szeroko to, co Google zapisał w pierwszych minutach, było zestawem niepełnym. Nie obserwowaliśmy indeksu Google, tylko strony, więc to pokazuje przyczynę opisaną przez Adamsa, a nie jej wpływ na pozycje.

Jedno zdanie z dokumentacji łagodzi problem. Google mówi, że serwis może pominąć część języków na części stron, a system „i tak przetworzy te, które wskazują na siebie nawzajem”. Spóźnione tłumaczenie zostawia więc istniejące pary nienaruszone i dołącza do nich, gdy Google pobierze ponownie obie strony.

Poza newsami mechanizm zawodzi z powodów mniej efektownych. Ahrefs sprawdził w 2023 roku 374 756 domen używających hreflang i znalazł co najmniej jeden problem na 67% z nich, przy czym wzajemnych powiązań brakowało na 15,3%. Osobne badanie z 2023 roku obejmujące 18 786 serwisów, opublikowane przez Search Engine Land, wykazało sprzeczne adnotacje na 31,02%. Tymczasem Web Almanac podaje hreflang na mniej więcej 20% stron w 2025 roku, około dwa razy więcej niż rok wcześniej. Mueller nazwał go w 2018 roku „jednym z najbardziej złożonych aspektów SEO (jeśli nie najbardziej złożonym)”, a w 2024 roku Gary Illyes z Google publicznie przyznał, że jest „irytujący”, i powiedział, że jest otwarty na coś lepszego. Żadnego zamiennika nie ogłoszono.

Co 23 wydawców robi we własnym kodzie HTML

Większość obywa się bez hreflang. 18 września pobraliśmy strony główne 23 wydawców obsługujących więcej niż jeden kraj lub język oraz po jednym świeżym artykule u 19 z nich. Osiem stron głównych miało hreflang. Cztery artykuły prowadziły do wersji w innym języku. Żaden wydawca nie połączył dwóch wersji jednego artykułu napisanych w tym samym języku.

Wykres zatytułowany Jak 23 wydawców międzynarodowych oznacza swoje edycje. Strony główne z hreflang: 8 z 23. Artykuły z linkiem do wersji w innym języku: 4 z 19. Artykuły z linkiem do wersji w tym samym języku dla innego kraju: 0 z 19. Wpis hreflang bez adresu: 1 wydawca. Strony główne z atrybutem języka sprzecznym z tekstem: 1
Nasze własne zliczenie na podstawie kodu HTML pobranego 18 września 2026 roku z polskiego adresu IP. Cztery kolejne serwisy odrzuciły żądanie i nie są liczone.

Grupa „ten sam język w kilku krajach” to właśnie ta, o której pisze Adams, i zachowuje się tak, jak mówi. The Guardian prowadzi osobne strony główne według regionów. Dwie, które pobraliśmy, międzynarodowa i europejska, nie mają hreflang, nie ma go też otwarty przez nas artykuł ani mapa witryny wiadomości, wymieniająca ponad 500 artykułów. BBC łączy bbc.com i bbc.co.uk ze sobą na stronie głównej, a na otwartym przez nas artykule już nie. The Local publikuje po angielsku dla cudzoziemców mieszkających w Europie i każdemu krajowi daje osobną domenę. Serwis główny odsyła do dziewięciu z nich, od thelocal.at po thelocal.se, a pobrane przez nas strony główne niemiecka i francuska nie mają hreflang. Politico Europe opatruje swoje artykuły adnotacjami, ale wyłącznie z odnośnikiem do nich samych.

Wszyscy wydawcy, którzy jednak łączą artykuły, zarazem je tłumaczą. Euronews, El País po angielsku, Swissinfo i Ukraińska Prawda łączą każdy materiał z jego odpowiednikiem w innym języku. Ukraińska Prawda trzyma ukraiński, rosyjski i angielski pod jedną domeną i jednym numerem artykułu, a każda otwarta przez nas wersja wymieniała wszystkie trzy w obie strony. Deutsche Welle idzie drogą odwrotną. Jej angielska strona główna odsyła do 30 sekcji językowych na jednej domenie .com, a ani jej strony, ani jej angielska mapa witryny wiadomości nie mają hreflang.

Znaleźliśmy też usterkę tego rodzaju, jaki zliczają duże badania. Estoński nadawca publiczny ERR łączy swoje serwisy estoński, rosyjski i angielski przez hreflang, ale wpis dla języka samej strony nie zawiera adresu, więc żadna wersja nie wymienia siebie tak, jak wymaga Google. Strona główna Spiegel International jest po angielsku, a w atrybucie lang deklaruje niemiecki. Google ten atrybut ignoruje, jak cytowaliśmy wyżej. Przeglądarki, czytniki ekranu i inne wyszukiwarki już nie. Le Monde po angielsku deklaruje jeden adres URL dla czytelników w USA, Wielkiej Brytanii, Kanadzie i wszędzie indziej, co jest nieszkodliwe i nie wnosi nic ponad zwykłą etykietę języka angielskiego.

Fragment kodu HTML strony news.err.ee: trzy elementy link z hreflang, pierwszy, dla angielskiego, nie ma adresu href, estoński i rosyjski prowadzą do www.err.ee i rus.err.ee
Strona główna news.err.ee pobrana 18 września 2026 roku. Wyróżniony wpis dla angielskiego nie zawiera adresu. Podział na wiersze i numeracja są nasze.
Fragment kodu HTML strony głównej Spiegel International: element html deklaruje lang de, a title i nagłówek na stronie są po angielsku
Strona główna spiegel.de/international/ pobrana 18 września 2026 roku: w pierwszym wierszu zadeklarowano niemiecki, na stronie angielski.

Gdzie rada o domenie krajowej przestaje działać

Domena krajowa jest najsilniejszym sygnałem lokalizacji, jaki wymienia Google, i startuje od zera. Nie ma linków, nie ma historii, nie ma wyszukiwań marki, a właśnie tym konkuruje nowy tytuł. Praktycy, którzy scalili domeny krajowe w jeden serwis, zgłaszali duże wzrosty. Żaden z tych przypadków nie jest redakcją informacyjną i to jest uczciwa granica tego kontrargumentu.

Aleyda Solís ujęła ten kompromis w jednym zdaniu w 2015 roku: domeny krajowe są opcją idealną, ale „zupełnie nowa domena bez profilu linków może wymagać znacznie więcej wysiłku, by zyskać popularność”. Eli Schwartz opisał w 2017 roku, jak Google postawił domenę .com wyżej niż domenę krajową tej samej firmy w jej własnym kraju. Odpowiedź Johna Muellera brzmiała wtedy, że to „może się zdarzyć, gdy scalamy wersje w jedną (zwykle jeśli to ta sama treść)”. Serwisy krajowe w tym samym języku z niemal identycznymi artykułami to dokładnie ten przypadek.

Dwa udokumentowane scalenia poszły w stronę odwrotną niż rada Adamsa. Bartosz Góralewicz przeniósł 23 domeny krajowe serwisu kuponowego na jedną domenę w 2016 roku i zgłosił średni wzrost indeksu widoczności o 841%, przy spadku o 16% w Rosji. Eoghan Henn podał 90% więcej ruchu organicznego w pięć miesięcy dla firmy telekomunikacyjnej po podobnym przeniesieniu. Obaj autorzy prowadzili projekty, które opisują, żaden z klientów nie jest wydawcą informacyjnym, a sam Henn ostrzega, że scalone serwisy dzielą ze sobą swoje problemy tak samo jak mocne strony. BBC, redakcja informacyjna w każdym znaczeniu, od lat przenosi swoich międzynarodowych odbiorców na bbc.com i jako powód podało efektywność.

O zaufaniu czytelników jest jedno badanie z porządną metodologią. ICANN i Nielsen zapytały w 2016 roku 5452 osoby w 24 krajach i ustaliły, że 95% uznawało domeny krajowe za godne zaufania „w regionach, w których są powszechnie używane”. Ma dziesięć lat i mierzy zaufanie, nie kliknięcia. Zbierając źródła, trafiliśmy na kilka ostrzejszych twierdzeń, jak 47% wyższy współczynnik klikalności domen lokalnych czy badanie Eurostatu pokazujące 72% preferencji. Żadnego z nich nie udało nam się powiązać ze stroną źródłową i w tym artykule ich nie ma.

Kim są drudzy odbiorcy europejskiego wydawcy

W Europie druga grupa odbiorców często wcale nie jest za granicą. Mieszka we własnym kraju wydawcy i czyta w innym języku albo wyjechała z kraju i nadal czyta w języku rodzinnych stron. Eurostat liczy 18 milionów mieszkańców Unii urodzonych w innym państwie członkowskim i 4,43 miliona osób z Ukrainy objętych ochroną czasową, w tym 953 060 w Polsce.

Te liczby pochodzą ze statystyk ludności Eurostatu na 1 stycznia 2025 roku i z jego miesięcznej publikacji o ochronie czasowej na 31 lipca 2026 roku. Niemcy przyjęły 1 290 225 osób, które uciekły z Ukrainy, Polska jest druga, a Eurostat zaznacza, że zwykłe statystyki ludności Polski ich nie obejmują. Dla wydawcy to grono czytelników wielkości dużego miasta, wewnątrz jednego kraju, w języku, którego prasa krajowa nie drukuje.

Nawyki językowe wskazują w tę samą stronę. Badanie użytkowników internetu Komisji Europejskiej wykazało, że dziewięć osób na dziesięć zawsze wybierało własny język, gdy serwis go oferował, a 44% miało poczucie, że traci informacje, bo serwis go nie proponował. To badanie z 2011 roku, 13 752 wywiady, i nikt go nie powtórzył. Nowsze badanie Europeans and their Languages, przeprowadzone w 2023 roku na 26 523 respondentach, pokazuje drugą połowę: wśród osób posługujących się drugim językiem 44% regularnie używa go w internecie, o dziewięć punktów więcej niż w 2012 roku. Czytelnicy przekraczają granice językowe łatwiej niż kiedyś i nadal wolą tego nie robić.

Sama domena jest tanią częścią. CENTR, stowarzyszenie europejskich rejestrów, szacuje typową cenę europejskiej domeny krajowej na około 10 euro. Różni się to, kto może ją posiadać. Polska .pl i estońska .ee są otwarte dla abonentów z zagranicy. Francuska .fr, włoska .it oraz .eu wymagają posiadacza w Unii Europejskiej albo w szerszym Europejskim Obszarze Gospodarczym, a rejestry francuski i włoski dopuszczają również Szwajcarię. Niemiecka .de jest otwarta, ale posiadacz spoza Niemiec może zostać poproszony o wskazanie tam przedstawiciela do pism urzędowych. Nazwa .ua drugiego poziomu jest przyznawana wyłącznie właścicielowi odpowiadającego jej znaku towarowego ważnego w Ukrainie. Google ujmuje to zwrotem „surowe wymagania ccTLD (czasami)”.

Po stronie zysków też się zmieniło. Digital News Report 2026 przywołuje dane Chartbeat dla ponad 2500 serwisów informacyjnych: organiczny ruch z wyszukiwarki Google do nich spadł na świecie o jedną trzecią między listopadem 2024 a listopadem 2025 roku. Google wciąż ma 89,69% wyszukiwań w Europie, więc wyszukiwanie pozostaje kanałem, który trzeba mieć poukładany. Ale druga redakcja finansowana w oczekiwaniu na rosnący ruch z wyszukiwarki to w 2026 roku trudniejsza sprawa do obronienia niż pięć lat temu.

Serwis usługowy to nie redakcja

Godziny, które pogrążają materiał informacyjny, nie mają znaczenia dla strony zarabiającej swój ruch przez miesiące. Większość serwisów wielojęzycznych jest właśnie taka: sklepy, agencje, firmy tworzące oprogramowanie i ponadczasowe działy samych wydawców. Dla nich podkatalog dla każdego języka z hreflang pozostaje układem sensownym, a opóźnienie opisane przez Adamsa nie kosztuje nic, co warto mierzyć.

Nasz własny serwis jest zbudowany tak samo: angielski w katalogu głównym, ukraiński, rosyjski i polski w podkatalogach, każda strona z adnotacjami. Przygotowując ten artykuł, sprawdziliśmy go tak jak wszystkich innych i znaleźliśmy własną usterkę. Strony deklarują proste kody języków, en, uk, ru i pl. Mapa witryny XML, generowana przez inne narzędzie, deklaruje dla tych samych adresów en-US, uk-UA, ru-RU i pl-PL. Jedna z tych wartości mówi Google, że nasze strony rosyjskie są przeznaczone dla czytelników w Rosji, gdzie nie mamy klientów, podczas gdy ludzie, którzy je czytają, mieszkają w Unii Europejskiej i w Ukrainie. Dokumentacja Google mówi, że trzy metody adnotacji są równoważne i że stosowanie kilku naraz nic nie daje, a trudniej to utrzymać. Aktualizacja po publikacji: poprawione. Mapa witryny deklaruje teraz te same proste kody co strony, a nasz build kończy się błędem, jeśli znów się rozjadą.

Co zamiast tego może zrobić mały lub regionalny wydawca

Właściwa struktura zależy od tego, gdzie mieszka druga grupa odbiorców. Jeśli mieszka w tym samym kraju, wystarczy jedna domena z czystymi sekcjami językowymi. Jeśli jeden język przekracza granice, trzymaj jeden adres URL na materiał. Wydawca wchodzący do nowego kraju z małym budżetem może zacząć w podkatalogu i z góry ustalić, kiedy domena krajowa zacznie być warta swojego kosztu.

Pierwszy przypadek Adams sam dopuszcza, a opisuje on sporą część europejskiej prasy migranckiej i mniejszościowej. Nasz Wybir publikuje po ukraińsku dla Ukraińców w Polsce na domenie .pl, więc sygnał kraju i odbiorcy się zgadzają, a różni się tylko język. Takiemu tytułowi druga domena do niczego nie służy. Potrzebuje każdego języka we własnej sekcji z własnymi adresami URL, osobnej publikacji w Publisher Center dla każdego języka, bo o to właśnie proszą wytyczne techniczne Google, oraz poprawnej wartości <news:language> w każdej mapie witryny dla newsów. Artykuły mieszające dwa języki na jednej stronie te same wytyczne wykluczają z Google News.

Drugi przypadek, jeden język w kilku krajach, to miejsce, gdzie pokusa klonowania artykułów jest najsilniejsza, a dowody przeciw niej najwyraźniejsze. Każdy zmierzony przez nas wydawca tego samego języka w kilku krajach trzyma jeden adres URL na artykuł i zmienia tylko stronę główną, a przewodnik Google po kanonikalizacji podaje amerykańską i brytyjską kopię jednego tekstu jako swój przykład duplikatów. Jeśli serwis partnerski za granicą przedrukowuje twoje materiały, w przypadku treści informacyjnych Google radzi nie link kanoniczny, lecz tag noindex na kopii partnera, albo dla samego Google News, albo również dla wyszukiwarki.

Trzeci przypadek jest tym kosztownym. Podkatalog dziedziczy linki i reputację domeny głównej od pierwszego dnia, a właśnie tego brakuje nowej domenie krajowej. Jego słabością, słowami Google, jest trudniejsze „rozdzielenie serwisów”, a czytelnik nie odczyta kraju z nazwy folderu. Potraktowalibyśmy go jako okres próbny z zapisanymi warunkami wyjścia: reporter na miejscu w danym kraju, linki zdobyte z miejscowych serwisów i czytelnicy szukający tytułu po nazwie. Kiedy to istnieje, domena krajowa ma na czym stanąć.

Jakakolwiek byłaby struktura, kilka nawyków nic nie kosztuje. Używaj jednej metody hreflang i generuj ją z tych samych danych, które tworzą tłumaczenia, żeby wersja trafiała na listę dopiero wtedy, gdy istnieje, a obie strony zmieniały się w tym samym wdrożeniu. Kiedy drugi rynek ma znaczenie dla materiału, publikuj obie wersje razem, żeby pierwsze przejście robota zobaczyło kompletną parę. Utrzymuj widoczne odnośniki między wersjami językowymi, bo Google je zaleca, a czytelnik, który trafił na niewłaściwą, potrzebuje wyjścia. Nie przekierowuj po adresie IP. W tym tygodniu pobierz własną stronę główną i jeden świeży artykuł i przeczytaj adnotacje tak, jak zrobiłby to robot, bo obie usterki, które znaleźliśmy u innych, i ta u nas, były widoczne w surowym kodzie HTML w ciągu minuty. Potem obserwuj, czy Google w ogóle zastąpi hreflang: jego właśni inżynierowie mówili, że chcieliby, i nie pokazali jeszcze nic.

Czego nie zmierzyliśmy

Nasze zliczenie obejmuje jeden dzień, jeden adres IP w Polsce, kod HTML stron głównych i po jednym artykule na serwis, a do tego dwie mapy witryny wiadomości. Adnotacje trzymane wyłącznie w innych mapach witryny są dla niego niewidoczne. Nie widzieliśmy indeksu Google, pozycji ani ruchu żadnego z wydawców, więc nic tutaj nie dowodzi, ile kosztuje ta luka czasowa.

Cztery serwisy odrzuciły nasze żądanie i zostały pominięte, a 23 wydawców to lista wydawców międzynarodowych dobrana ręcznie, nie próba branży. Obserwacja Euronews to jedenaście artykułów w ciągu jednego popołudnia. Cytowane przez nas badania błędów hreflang obejmują serwisy w ogóle i żadne z nich nie wydziela wydawców informacyjnych. Przypadki scalenia pochodzą od konsultantów, którzy je prowadzili. Relacja samego Adamsa o dwubiegowym przechodzeniu robotów Google jest, jak sam mówi, modelem wywnioskowanym z praktyki.

W tych granicach trzy rzeczy pozostają w mocy. Problem czasu jest realny i właściwy dla newsów, a zmierzeni przez nas wydawcy omijają go, nie klonując artykułów. Domena krajowa to najsilniejszy sygnał i najdroższy start. Dla większości wydawców poniżej skali ogólnokrajowej istnieje tańszy układ, który pasuje, a który to będzie, zależy od tego, gdzie mieszka ich druga grupa odbiorców.

Źródła